Zachodnie rarytasy Florydy

IMG_2578

Florydę odwiedziłam już nie pierwszy raz. Wciąż jestem jednak w stanie doliczyć się tych południowych wojaży – był to więc trzeci. Wyjątkowy. Po pierwsze: towarzyszył mi partner o nowym tytule – MĄŻ, a po drugie: odwiedzany rejon był inny niż dotychczasowe. Zanim jednak skoczę wspomnieniami do tych pierwszych wycieczek, przespaceruję się do tej najświeższej.


Małe zadanie. Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie wycieczkę na Florydę. Nie przytoczę wymyślonych statystyk, choć strasznie korci, ale jestem niemalże pewna, że większość z Was, tak jak i ja na początku, wybrałaby jako punkt docelowy – Miami Beach. I słusznie, bo warto! Za trzecim jednak razem Floryda nawoływała mnie z zupełnie innej strony. I to wcale nie od tej zaczynającej się na literę D., a na T., bo lądowaliśmy w Tampie, czyli w zachodniej części Florydy. Tydzień na Florydzie miał być przede wszystkim relaksujący i plażujący. Pogoda okazała się w kratkę z przewagą białych kratek, bo jednak padało mniej niż zamierzała prognoza w Iphonie, któremu ufam teraz znacznie mniej. Musicie wiedzieć, że im bliżej lata, tym więcej deszczu na Florydzie, więc myślę, że z końcem maja ta przewaga dobrych kratek w kratce się skończyła. Lucky me! Wracając do plaż – wybrałam ich znacznie więcej do odwiedzenia, ale z uwagi na tę pogodową niepewność, nie chcieliśmy za wiele czasu spędzić w samochodzie, więc skupiliśmy się na tych najbliższych i najlepszych!

CLEARWATER BEACH

IMG_2590
Zdecydowanie – piękna plaża. Spora, jesli chodzi o rozmiar, z pięknym jasnym piaskiem, z całkiem przejrzystym kolorem wody – i pewnie to właśnie stąd ta nazwa (ha! Ameryka odkryta, niczym Ramona Kolumb). Mimo wszystko, nieco: ZA-TŁO-CZO-NA. Nie doskwierało mi to jednak aż tak bardzo, bo towarzystwo nad plażami zatoki wydaje się być bardziej okrzesane w porównaniu do Miami Beach, gdzie czasem po prostu chcesz spakować ręcznik na spieczony plec i przenieść się gdzie indziej. Dlaczego? OK, oba te miejsca są turystyczne, ale Clearwater jest turystyczne inaczej niż słynne Miami. Moja opinia jest taka, że do Miami większość osób leci z nastawieniem na imprezę, natomiast na zachodnie plaże – żeby odpocząć i naprawdę głównie poplażować. I ten drugi rodzaj atmosfery o wiele bardziej mi odpowiada. Do tego, bardzo bliskie okoliczne bary, gdzie można zrobić sobie przerwę, gdy pada niewiadomoskąd pojawiajacy się nagle na Florydzie deszcz, i wypić kilka drinków w cenach uznawanych za normalne. Podobało mi się również to, że nie ma tam takiej standardowej turystycznej plażowej promenady jak w wielu miejscowościach na wschodnim wybrzeżu Atlantyku. Nie natrafiamy więc na każdym kroku na maszyny, gdzie można zakleszczyć pluszowego jednorożca. Przyplażowa okolica wciąż nieco bardzo w stylu South Miami Beach, ale tak jakby 1/20sta tego – spokojniej i ciszej 🙂

 

IMG_2584

 

HONEYMOON ISLAND/CALADESI ISLAND

IMG_2588
Najpiękniej zapowiadający się dzień zaplanowaliśmy na odwiedzenie wyszperanej przeze mnie wyspy o adekwatnej do wyprawy nazwie HONEYMOON ISLAND. WOW WOW WOW. Często po odwiedzeniu miejsc, mówię sobie: “O, tutaj chciałabym wrócić”, ale później myślę sobie, że jest tyle miejsc na ziemi, że szkoda wracać w to samo. Czasem jednak, tak jak w przypadku Honeymoon Island, myślę ponownie: “Nie no, tutaj to naprawdę chcę wrócić”. Mam nadzieję, że to się wydarzy.

Posłuchajcie! Honeymoon Island i Caladesi Island to dwie wyspy, które powstały z rozpadu jednej i to całkiem niedawno, bo ok. 100 lat temu. Obie wyspy są terenem parku stanowego Florydy. Do Honeymoon Island dojedziemy autem, natomiast do Caladesi Island musimy przeprawić się drogą wodną. Można prywatnym pojazdem wodnym typu kajak, łodź i inne, bądź też oficjalnie transportującym ludzi promem. Nie wiem w jakiej formie występuje prom, bo my tym razem zatrzymaliśmy się tylko i wyłącznie na Honeymoon Island. Dlaczego? Od miejsowego przechodnia wyłowiłam w drodze wywiadu informację, że wyspy nie różnią się szczególnie między sobą, choć na Caladesi Island dostępne są atrakcje wodne. My byliśmy jednak po połowie dnia na pełnym florydzkim słońcu i żar z nieba już prawie zwęglił mojego świeżego małżonka o znacznie jaśniejszej karnacji niż moja. Postanowiłam ratować nasze małżeństwo i trzymać męża w cieniu.

Co urzekło mnie w Honeymoon Island?
Dzikość. Sam fakt, że żwawo hasają tam grzechotniki i już przy wjeździe do parku widnieją znaki ostrzegające, a gdy wpiszecie na youtube – rattlesnakes honeymoon island, naoglądacie się całkiem soczystych przechodzących przez jezdnie węży. My niestety, nie spotkaliśmy węża. Mówię niestety, bo mimo tego, że jestem przerażona tym gatunkiem, to z bezpiecznej odległości i nie z zaskoczenia byłabym podekscytowana możliwością obserwacji gada w naturalnym środowisku. I w zasadzie byłam, bo spotkałam radośnie zajadającego wszystko co zielone naokoło żółwia i później – jego kolegę, badź koleżankę, który w sposób niezwykle skupiony i przyspieszony przekraczał jezdnię tuż przed kołami naszego samochodu. Zdaje sie, że te żółwie wiedzą co robią i co im grozi, bo takiej determinacji przy przechodzeniu przez ulicę nie widziałam nawet u samej siebie, gdy wyszłam z siebie i popatrzyłam z boku. Byłam przeszczęśliwa, bo tym, którzy jeszcze nie wiedzą oznajmiam, że żółwie zajmują szczególne miejsce w moim sercu!

IMG_2579
Nie sam gadzi zwierzyniec zachwycił mnie jednak na wyspie. Kocham, kocham, kocham miejsca, które nie są zapakowane po pachy turystami. I to miejsce właśnie takie było. Plaża jest długa, nieszczególnie szeroka, ale mam wrażenie, że odwiedzana głównie przez miejscowych. Większość osób w tym rejonie okupuje plażę Clearwater i inne na Sand Key. Jestem zdecydowanie zwolenniczką większej prywatnośći podczas słońcobrania, więc byłam wręcz oczarowana tym miejscem. Do tego – woda o wspaniałym kolorze i duża liczba muszelek, które czasem sięgają naprawdę sporych rozmiarów i nie są podeptane, wybrakowane – bo po prostu nas, ludzi – szkodników jest tam mniej.

IMG_2598
IMG_2589

IMG_2599DEQC7332c

Ile kosztuje nas odwiedzenie wyspy?
Najpewniej należałoby wypożyczyć auto, bo raczej nie ma na wjeździe do parku przystanku autobusowego, a przy tych temparturach może nieszczególnie chciałoby się tuptać z oprzyrządowaniem z daleka, ale sam wjazd do parku nie jest drogi:

8$ – za samochód
14$ – roundtrip promem na Caladesi Island (chyba, że posiada się własny trasport wodny)

Wycieczka na wyspę jest jednodniowa, co oznacza, że trzeba ją opuścić wraz z zachodem słońca. Nie jest to wyspa wczasowa z hotelem, polem namiotowym, czy innym schroniskiem. Gorrrąco, przegorrrąco polecam i jednocześnie z przymrużeniem oka mówię “nie zwołujcie tam hołoty”

ST. PETERSBURG 

IMG_2616
Planując nasz wypoczynek, chciałam ograniczyć przebywanie w mieście do minimum. Byłam jednak bardzo ciekawa małego miasteczka St. Petersburg. Spędziliśmy tam kilka chwil i główne określenie, jakie przychodzi mi do głowy brzmi – PRZEUROCZE. Palemki, stateczki, restauracje przy ulicy i poczucie relaksu. Nie doświadczyliśmy tłoku i tego całego nagromadzenia turystycznego. Jeden z deszczowych zrywów przygnał nas także do muzeum Salvadora Dali. Nie jestem wielkim koneserem tego rodzaju sztuki, ale jest to jedno z tych świetnie przygotowanych miejsc, którego warto NIE POMIJAĆ. To nie tylko spacerowanie i patrzenie w ściany, ale aktywne uczestnictwo w interpretacji największych dzieł Daliego, a nawet okazja do “wejście w świat symboli” i poznania jego surrealistycznego świata za pomocą platformy wymiaru trzeciego.

IMG_2611IMG_2610IMG_2603IMG_2581IMG_2004 (2)

 

Zachody słońca…

Pamiętam jak przyleciałam na Florydę pierwszy raz do Miami i zorientowałam się, że piękny florydzki zachód słońca nie będzie mi dany, bo słońce po tej stronie zachodzi nie nad wodą a za plecami i budynkami. Bleh. Oczywiście, można znaleźć kawałek plaż “patrzący na zachód”, ale nie jest to pewnik. Dopiero podczas jednodniowego wypadu na Key West od strony zachodniej mogłam obserwować najpiekniejszy zachód słońca jaki było mi dane oglądać. I nie był to ostatni, bo kolejny obserwowaliśmy dwa tygodnie temu prosto z Indian Rock Beach. Idealna ognista kulka wpadająca w wodę. Coś pięknego. W tym momencie znowu przyszedł mi do głowy jeden z moich ulubionych cytatów “Zachód słońca to mój ulubiony kolor”. Zwłaszcza ten z Florydy.

IMG_2600IMG_2601

Dzikość…

Uwielbiam Florydę za to, że oprócz pięknych plaż, można natknąć się na tak wiele ciekawych form życia, zarówno tych roślinnych, jak i zwierzęcych. Poza tym, co możemy zobaczyć w ogrodach botanicznych, oceanariach, jest to niezwykła szansa na spotkanie kilku egzemplarzy w dziczy. I ok, umówmy sie aligatory w basenach i wąż w garażu to często rozdmuchane jednorazowe incydenty, ale możemy zapuścić się do parku, gdzie na większym swobodniejszym dla rodzimych mieszkańców Florydy terenie, wiodą tam one swoje codzienne życie.

IMG_E1056c

IMG_2623

IMG_2604

My podjechaliśmy do jednego z zupełnie nieturystycznych miejsc – Taylor Park i wybraliśmy sie na przechadzkę. Oczy miałam dookoła głowy, bo w każdej chwili coś mogło wyjść, wypełznąć z trawy, zwłaszcza gdy rozsiedliśmy sie na ławce piknikowej na niewielkim półwyspie, który otoczony jest z 3 stron wodą z zawartością – 100% aligatora. Przyjmijmy, że dorodny osobnik wylazłby w pół drogi na takim półwyspiku i bylibyśmy w pułapce, ale podejrzewam, że zdarza się to tam rzadko, bo kto w innym wypadku ustawiłby tam ławeczkę. Cóż, statystyk nie znam, ale mrugałam tam rzadziej niż zwyczajnie. Udało nam się zaobserwować oczy aligatora wystające z wody na pełnym chill-oucie i oczywiście moje ukochane skorupki. Poza tym piękne duże PTAKI, które niespodziewanie mogą nas zaskoczyć przyfruwając pod nasze drzwi. Mnie urzekły wysokie białe czaple! A ja przecież nie przepadam z pióroposiadaczami.

IMG_2622

IMG_2619IMG_2621

+ ciekawostki

SYGNALIZACJA ŚWIETLNA
Nieco inaczej niż w pozostałych stanach, które pozwoliłam sobie odwiedzić – sygnalizacja świetlna na Florydzie umieszczona jest nad drogami często w sposób poziomy. Zapewnia to większą stabilność podczas huraganów, podmuchów, które przechodzą tam praktycznie co roku w delikatniejszym, bądź mniej subtelnym stylu.

OWADY
Ciekawa obserwacja z tej wyprawy. Pierwszy raz zauważyłam dużą ilość owadów, które latają w parach. Jednego dni,a jakoś wyjątkowo nas obsiadały i dlatego też przykuło moją uwagę to, że latanie w duecie nie było wyjątkiem – wszystkie tak latały. Postanowiłam odkurzyć walizkę inspektora i poszperać w Internecie. Okazało się, że są to tzw. LOVEBUGS! Funkcjonują też pod nazwą HONEYMOON FLY, więc jak widzicie nie tylko wyspa, ale także otaczające nas żyjątka były w nastroju “Just married”. Niestety ich historia jest nieco tragiczna. Zaraz po złączeniu się ze sobą i przyjemnych momentach, samiec umiera, a samica lata tak sobie z nieboszczykiem do momentu złożenia potomstwa, po czym niedługo też umiera.

Kto by pomyślał, że zakończę ten post śmiertelną informacją! 🙂
Pamiętajcie więc, Floryda to nie tylko Miami i jest tu wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Wiem, że będę tam latała, aż odkryję ją całą! Muszę postawić moją chorągiewkę zdobywcy plaż jeszcze w co najmniej kilku rejonach.

 

IMG_2580

IMG_2628

2 thoughts on “Zachodnie rarytasy Florydy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s